Przejdź do treści
FotoBrys
  • Strona główna
  • O mnie
  • Galeria
  • Oferta
    • Fotografia Architektury
    • Fotografia Wnętrz
    • Fotografia Przemysłowa
    • Fotografia Produktowa
    • Fotografia Reklamowa
    • Fotografia Targowa
    • Fotografia Techniczna
    • Fotografia Patentowa
    • Fotografia Archiwizacyjna
    • Fotografia z Drona
    • Galeria
  • Kontakt
  • Blog

Blog

aparaty fotograficzne

Aparaty fotograficzne

  • 8 listopada, 2023

W kręgach zawodowych fotografów mówi się, że zdjęcia nie robi aparat, tylko obiektyw. W tym przewrotnym twierdzeniu jest sporo prawdy. Nawet aparat średniej klasy może robić bardzo dobre zdjęcia, jeśli wyposaży się go w porządny obiektyw. Dlatego poprzedni wpis poświęciłem właśnie tym optycznym cudeńkom. Jednak nawet najlepszy obiektyw nie przyda się na nic bez aparatu, który przetworzy i zapisze wykadrowany obraz. Dlatego dzisiaj zapraszam na drugą część podróży w przeszłość – tym razem szlakiem moich starych aparatów.

Pierwszy aparat dostałem pod koniec lat osiemdziesiątych. Była to Vega – czeski wynalazek, który mój ojciec zdobył nie wiadomo skąd. Do dziś stoi u mnie na półce, jako świadek moich pierwszych kroków na fotograficznej ścieżce. To za sprawą Vegi zakochałem się w zdjęciach i myślę, że może ona również być przyczyną mojego sentymentu do wszystkiego co manualne.

W roku 1990 przesiadłem się na rosyjskiego Zenita11. Obecnie mówi się o nim jak o zabytku, jednak w stosunku do Vegi był to powiew nowoczesności – miał przecież światłomierz. Dwa lata później kupiłem kolejnego klasyka dzisiejszych antykwariatów – Practicę BCA. Nie związałem się z nią jednak na długo, bo już w 1994 roku kupiłem swojego pierwszego Nikona – konkretnie model F-601. Japoński sprzęt był bardzo popularny ze względu na swoją dokładność. Sprawiał też wrażenie bardziej luksusowego, bo nie był produkowany w krajach dawnego Bloku Wschodniego.

W latach 90-tych miało się wrażenie, że rozwój technologii przyspieszył. Na rynku bardzo szybko pojawiały się różne nowinki, więc już w 1996 roku kupiłem ulepszoną wersję Nikona – model FE2. Trzeba jednak pamiętać, że wciąż mówię o aparatach analogowych. Standardem były urządzenia na film małoobrazkowy. Pojedyncza klatka miała wymiary 24mmx36mm. Niemniej, były także na rynku urządzenia, robiące zdjęcia w innych formatach – na przykład aparaty średnioformatowe. Były one szczególnie ciekawe, ponieważ obsługiwały klisze o wymiarach 60mmx60mm. W swojej karierze miałem dwa takie sprzęty. Jednym była Yashica 124 – japońska osobliwość. Nie dość, że robiła zdjęcia w nietypowym formacie, to jeszcze działała w systemie dwuobiektywowym. Jeden obiektyw służył do uzyskania podglądu zdjęcia, natomiast drugi do faktycznego utrwalania obrazu. Moim drugim aparatem średnioformatowym był Pentaxon SIX TL nazywany przez niektórych mistrzem portretu. Ten już miał jeden obiektyw. Kupiłem go w 1998 roku i mam do dzisiaj jako swoistą ciekawostkę.

Robienie zdjęć w kwadracie zupełnie zmieniało perspektywę. Dla kogoś przywykłego do kadrowania wszystkiego na użytek prostokątnej klatki, robienie zdjęć lustrzanką średnioformatową było jak uczenie się patrzenia od nowa. Kwadratowe zdjęcia spodobały mi się do tego stopnia, że niekiedy pożyczałem po znajomości z zaprzyjaźnionego komisu prawdziwe cudeńko – Zenzę Bronicę… i cały uradowany szedłem na sesję.

Kolejnym aparatem, który kupiłem na własność był Contax S2. Robił on zdjęcia na standardowym filmie małoobrazkowym, więc był bardzo uniwersalny. Używałem go do 2002 roku, kiedy to zamieniłem go w niemieckim komisie razem ze wszystkimi 7 obiektywami na body
Canona EOS-1n. Był on wart swojej ceny, ponieważ stanowił on już szczyty technologii analogowej. Dalej rozpoczynała się era cyfrowa.

Moją pierwszą cyfrową lustrzanką był (nabyty w 2005 roku) Canon EOS10D. Litera D pochodziła od słowa „digital” i oznaczała rozpoczęcie się zupełnie nowej epoki w dziedzinie fotografii. Modyfikowanie ISO, obróbka graficzna, łatwość przegrywania i powielania zdjęć… to wszystko stało się możliwe dzięki technologii cyfrowej. Rozpowszechnił się także nowy „format fotografii” – APS-C.

Przez kilka kolejnych lat pozostawałem wierny Canonowi i w miarę jak wychodziły nowe wersje mojego wypróbowanego aparatu, po prostu wymieniałem modele na nowsze. Był to dobry sprzęt i tak Canon EOS20D przeleżał u mnie od 2006 roku 11 lat, mimo że w pracy używałem już kolejnego modelu – Canon EOS30D.

Po kilu latach wyprzedzania technologicznie konkurencji, Canon przestał być niekwestionowanym królem na rynku aparatów cyfrowych. Dogonił go Nikon, wypuszczając model D300. W 2009 roku postanowiłem więc spróbować czegoś nowego i kupiłem właśnie ten aparat. Niemal w tym samym czasie producent zrobił ukłon w stronę dawnych użytkowników analogów, wypuszczając serię aparatów pełnoklatkowych, które robiły zdjęcia w tym samym formacie, co stare aparaty na film małoobrazkowy. W realiach cyfrowych, pozwoliło to na rejestrowanie obrazów o lepszej jakości oraz na większą precyzję w ustawianiu np. głębi ostrości. Nic więc dziwnego, że następnym aparatem, który stał się moim narzędziem pracy, był właśnie pełnoklatkowy Nikon D700. Uważałem go za wspaniały sprzęt. Niestety nie nacieszyłem się nim długo, ponieważ moje zachwyty podzielił także ktoś inny i na jednym z wyjazdów po prostu mi go skradziono.

Cóż, nie było rady i musiałem sprawić sobie inny aparat. Paradoksalnie wcale źle na tej przygodzie nie wyszedłem, ponieważ koniec końców wszedłem w posiadanie Nikona D3. W odróżnieniu od swojego nieszczęsnego poprzednika był to aparat w pełni profesjonalny i również pełnoklatkowy. Służył mi przez wiele lat i pozwalał robić naprawdę świetne zdjęcia.

Ostatnim modelem, który zamyka długi szereg używanych przeze mnie Nikonów, jest Nikon Df. Urzekł mnie kombinacją dwóch cech – profesjonalną matrycą i oldschoolowym wyglądem. Pod płaszczykiem staromodnej obudowy  było ukryte małe, nowoczesne urządzenie. Mimo to, model ten nigdy nie zyskał uznania w szerokim gronie fotografów i do tej pory jest uważany raczej za gadżet. Jednak ja niejednokrotnie używałem go przy poważnych sesjach i sprawdzał mi się znakomicie.

Cyfrowe lustrzanki, pomimo swoich ogromnych możliwości, mają jedną zasadniczą wadę – są ciężkie. Aparat razem z obiektywem nieraz waży prawie trzy kilogramy. Noszenie na ramieniu i podnoszenie do oka takiego ciężaru za którymś-set powtórzeniem zaczyna być męczące, a może nawet spowodować kontuzje. Wielu przywykło do tej niewygody, jako do ceny, jaką się płaci za jakość oferowaną przez dzisiejsze lustrzanki. Kolejny przełom w technologii fotograficznej pokazał, że wcale tak nie musi być. Kilka lat temu popularność zyskały bezlusterkowce.

W prawdzie aparaty bezlusterkowe istniały na rynku od 2008 roku, jednak nie były to urządzenia, nadające się do profesjonalnej fotografii. Były raczej dedykowane fotoamatorom. Dopiero po 2013 roku target firm zaczął się zmieniać i obejmować także tych, którzy żyją z robienia zdjęć. Ja przeszedłem na bezlusterkowce w 2017 roku. Zaczęło się od zakupu Sony Alpha 7 pierwszej generacji. Rok później dodałem do kompletu egzemplarz Alphy trzeciej generacji, a w 2019 roku wymieniłem go na model Alpha 9. Ten oraz mój pierwszy bezlusterkowiec stanowią mój obecny duet na sesje. Oba są lekkie i są bliskie mojemu wymarzonemu typowi aparatu – bezlusterkowy, cyfrowy, pełnoklatkowy i jak najbardziej manualny.

blog

Obiektywy

  • 4 października, 20235 października, 2023

Dzisiejszy wpis będzie dosyć osobisty – chciałbym Wam opowiedzieć o sprzęcie  towarzyszącym mi na mojej fotograficznej drodze – obiektywach. Nie będzie to przegląd najnowszych czy najpopularniejszych modeli, a raczej nieco sentymentalny rzut oka w przeszłość. Sprzęt jakiego używałem zmieniał się wraz z postępem technologii i wraz ze mną. Jednak każdy obiektyw, jaki miałem okazję używać, był kolejnym etapem przygody z  fotografią.

Pierwszym typem obiektywów z jakimi miałem do czynienia w latach osiemdziesiątych, kiedy na poważnie zainteresowałem się tą dziedziną, były manualne ze stałą ogniskową i dobrym światłem. Taka kombinacja cech sprawiała, że żeby wykonać  porządne zdjęcie, trzeba było sprawnie zgrać kilka czynników.

Przede wszystkim ręczne ustawianie ekspozycji i ostrości. Ówczesna technologia nie wybaczała błędów. Złe dobranie parametrów skutkowało zmarnowaniem klatki na szpulce filmu. Jednak taka twarda szkoła zmuszała do uważnego używania dostępnej wiedzy i narzędzi. Nie było pstrykania na oślep, walczyło się o każdą fotografię. Po drugie, o umiejętność bycia we właściwym miejscu. Stałoogniskowe to nie zoomy oczywiście, co oznacza, że trzeba się było trochę nachodzić za dobrym ujęciem. Chciało się zrobić zbliżenie, trzeba było podejść bliżej. Wymuszało to pewną dynamikę i bycie razem z bohaterem swojego zdjęcia.

Pomimo braku wielu ułatwień, jakie oferują nam współczesne obiektywy, te z lat osiemdziesiątych miały istotną zaletę – dobre światło. Przez to, że przechodziło przez nie dużo promieni, można było fotografować w ciemniejszych pomieszczeniach. Przysłona w tych obiektywach mogła być otwarta bardzo szeroko, bo aż f/2.8, f2,0 lub f/1.8, a w droższych modelach aż f/1.4. Takie parametry nawet dla wielu dzisiejszych obiektywów są nieosiągalne. Dzięki nim można było osiągnąć bardzo ciekawe efekty w słabszym oświetleniu lub robić zdjęcia szybko przemieszczających się obiektów.

W latach dziewięćdziesiątych technologia wykonała krok do przodu. Pojawiły się tak zwane zoomy. To był prawdziwy szał. Ogniskowa nowych modeli mogła się zmieniać od 28 do 70 lub od 35 do 80. Jednym obiektywem można było robić bardzo różne zdjęcia, co było niezwykle praktyczne. Zamiast torby z kilkoma obiektywami można było mieć jeden wielofunkcyjny. Rosnąca popularność zoomów sprawiła, że to wygodne rozwiązanie stało się w zasięgu moich finansów. Pod wieloma względami ułatwiło mi to pracę, ale nie była to technologia bez wad.

Zoomy miały w porównaniu do stałoogniskowych poprzedników dość słabe światło. Standardowe wartości mieściły się w zakresie od f/4 do f/5.6 lub więcej. O balansowaniu tej niedogodności za pomocą zmiany ISO nie można było w ogóle myśleć. Cały czas królowały wtedy aparaty analogowe, do których wkładało się film o stałej czułości. Jednak zoomy przyniosły ze sobą jeszcze jedną funkcję – autofocus, który co prawda nie rozwiązywał problemów ze światłem, ale zdejmował z fotografa ciężar myślenia o ostrzeniu i pozwalał przenieść więcej uwagi na odpowiednie ustawianie ekspozycji.

Z biegiem lat aparaty analogowe zostały zastąpione przez urządzenia cyfrowe. Wraz z nimi przyszła też możliwość cyfrowej obróbki obrazu, więc bardziej opłacało mi się zainwestować w nową lustrzankę cyfrową i używać zooma jako obiektywu, niż wyszukiwać rzadkie i bardzo kosztowne obiektywy z dobrym światłem do starego analoga.

Wraz z nadejściem lat dwutysięcznych, na rynku zaczęły się pojawiać zoomy z coraz lepszą światłosiłą. To, co kilka lat wcześniej było smaczkiem dostępnym tylko dla nielicznych, powoli wchodziło do standardu. W końcu i w mojej kolekcji pojawiły się obiektywy zmiennoogniskowe z przysłoną f/2.8. Łączyły one w sobie wygodę starych zoomów i światło moich pierwszych stałoogniskowców. Na tamtym etapie myślałem, że naprawdę niewiele im brakuje do ideału.

Jednak dziesięć lat temu pojawiła się jeszcze jedna nowinka – aparaty bezlusterkowe, które bardzo dobrze współpracują z stałoogniskowymi obiektywy z automatycznym ustawianiem ostrości z możliwością otwarcia przysłony do f/1.8. Precyzja i jakość zdjęć robionych za pomocą takiego duetu jest prawie spełnieniem moich marzeń. W przeciwieństwie do w pełni zautomatyzowanych obiektywów z dużym spektrum ogniskowych, stałki są małe i lekkie. Poza tym budzą we mnie dużą sympatię. Z jednej strony pozwalają mi mieć pełną kontrolę nad uzyskanym efektem, a z drugiej mają w sobie nutę „oldschoolu”. W pracy nadal korzystam z bezlusterkowca i zoomów, jednak na własny użytek i do celów twórczych myślę o zestawie, składającym się z cyfrowego bezlusterkowca i kilku manualnych obiektywów o stałej ogniskowej. Ciekawe… zacząłem przygodę z fotografią od podobnych obiektywów. Czyżby historia zataczała koło?

Czułość matrycy

Czułość matrycy

  • 27 lipca, 2023

W dzisiejszym tekście chciałbym opowiedzieć Wam trochę o czułości ISO. Jest to jeden z czynników, mających ogromny wpływ na jakość i wygląd fotografii. Razem z przysłoną i czasem naświetlania, ISO wchodzi w skład tak zwanego trójkąta ekspozycyjnego. Można więc powiedzieć, że jest jednym z najważniejszych parametrów potrzebnych do tego, żeby nasze zdjęcie nadawało się do czegokolwiek.

ISO to skala opisująca czułość matrycy aparatu na światło. W fotografii tradycyjnej istniało kilka skali, opisujących wrażliwość naświetlanego filmu. Nie była to jedyna trudność – przed rozpoczęciem zdjęć trzeba było wybrać film o odpowiedniej czułości, której nie można było zmienić w razie zmiany warunków oświetleniowych. Wraz z pojawieniem się technologii cyfrowej, sprawa stała się dużo prostsza dla użytkowników aparatów, ponieważ czułość cyfrowej matrycy można łatwo modyfikować za pomocą guzika lub pokrętła. Rozwiązał się także problem różnych i trudnych do przeliczania skali. International Organization for Standardization – międzynarodowa organizacja, zajmująca się wynajdowaniem uniwersalnych rozwiązań na światowe potrzeby, zaproponowała ujednoliconą skalę mierzącą światłoczułość. Obecnie zdecydowana większość produkowanych aparatów operuje właśnie skalą ISO.

Manipulowanie ustawieniami ISO wpływa na ilość światła, jakie nasz aparat wyłapie z otoczenia. W praktyce oznacza to, że im mniejsze ISO tym mniej światła zostanie zebrane przez matrycę, a im wyższe ISO tym więcej. Pozwala to wpływać na jasność zdjęcia i unikać prześwietleń lub wręcz przeciwnie – umożliwia wydobywanie obiektów z mroku. Dlatego w dobrze oświetlonych miejscach można (a nawet trzeba) robić zdjęcia z ISO ustawionym na niższe wartości, aby uniknąć tak zwanego w żargonie fotografów i filmowców przepalenia. Z kolei w półmroku lub po ciemku warto ustawić ISO na wyższe wartości, żeby zdjęcie nie wyszło za ciemne. To ważne, żeby unikać zarówno prześwietlenia, jak i niedoświetlenia, ponieważ w obu przypadkach część danych na fotografii po prostu znika pod plamami bieli lub czerni i nie da się ich wydobyć nawet za pomocą programów do kolor-korekty.

Jak już wspomniałem, ISO jest częścią trójkąta ekspozycji. Oznacza to, że na efekt uzyskany przez zmianę czułości matrycy wpływają jeszcze dwa czynniki – czas naświetlania i przysłona. Przy wyższych wartościach ISO można zbalansować ilość światła przez np. skrócenie otwarcia migawki. To bardzo przydatna zależność, zwłaszcza jeżeli chce się zrobić zdjęcie obiektu, który się szybko porusza. Przy wyższym ISO i bardzo krótkim czasie naświetlania aparat może wykonywać zdjęcia jak szybkie strzały, co pozwala unikać poruszonych ujęć.

Wyższą czułość ISO można też wykorzystać w sytuacji gdy chce się zwiększyć głębię ostrości przez przymknięcie przysłony. Mniejszą ilość światła można zrekompensować właśnie większą czułością na nie. Większe ISO pozwala też fotografować w półmroku, kiedy użycie lampy błyskowej zniszczyłoby np. nastrojowe światło lampki, będące jedynym źródłem światła na zdjęciu.

Oczywiście zwiększanie czułości ISO ma swoje konsekwencje. Owszem, aparat staje się bardziej wrażliwy na światło, ale wprowadza również efekt uboczny zwany „szumem” lub „ziarnem” na zdjęciach. Generalna zasada brzmi: małe ISO małe ziarno, duże ISO duże ziarno. Wyższe wartości ISO generują więcej szumów, co skutkuje utratą jakości zdjęcia. Kluczowe jest znalezienie równowagi między przechwytywaniem wystarczającej ilości światła a utrzymaniem zadowalającego poziomu jakości obrazu.

Wykorzystując różne kombinacje i żonglując ustawieniami czasu naświetlania, przysłony i czułości ISO wprawny fotograf może osiągnąć bardzo różne efekty wizualne. Wszystko zależy od wyczucia sprzętu, pojawiającego się po wielu godzinach spędzonych na jego użytkowaniu oraz odrobiny smaku i wyobraźni. Dlatego fotografia to nie tylko rzemiosło – to także sztuka.

wieloplanowość na zdjęciu

Wieloplanowość na zdjęciu

  • 13 czerwca, 2023

W dzisiejszym wpisie chciałbym się pochylić nad tematem przestrzeni na fotografii. Każdy już w szkole podstawowej słyszał o pierwszym, drugim i trzecim planie, ale niewielu wykorzystuje tę wiedzę w życiu codziennym. Dla fotografa patrzenie planami jest niemal intuicyjne. Zdjęcia wieloplanowe są ciekawsze, mają większą głębię przestrzenną i pozwalają grać szczegółami, które możemy pokazać w pełni wyostrzone lub rozmyte, zachęcając do domysłów.

 

Po co w ogóle dzielić rzeczywistość na plany? Odpowiedź jest dość mało artystyczna – po prostu pozwala to szybko określić jaki efekt chcemy uzyskać. Bez numerowania planów musielibyśmy używać opisów w stylu:

 

– To co jest najbliżej (dla pierwszego planu)

 

– To co jest trochę dalej (dla drugiego planu)

 

– To co ma być tłem (dla trzeciego planu)

 

Największy problem byłby właśnie ze słowem „tło”, ponieważ istnieje jeszcze możliwość podzielenia przestrzeni na więcej planów i wtedy tłem jest ten ostatni, a nie trzeci. Ponadto o tym, co należy do pierwszego, drugiego lub entego planu nie decyduje matematyczny podział, ale względny efekt jaki fotograf chce uzyskać. Można ująć kompozycję, w której na pierwszym planie są rozmyte zarośla, na drugim urokliwy domek, a w tle piętrzą się majestatyczne góry. Jednak możliwe jest zrobienie zdjęcia z pięknym motylem na pierwszym planie, zroszoną trawą na drugim, które miękko rozmywa się w zielonkawy trzeci plan (a to wszystko w przestrzeni nie przekraczającej metra). Dlatego numerowanie planów nie jest sztywnym krojeniem świata na plastry, ale dookreśleniem w jakiej perspektywie na niego patrzymy.

 

Z reguły główny obiekt zainteresowania, powinien znajdować się na pierwszym lub drugim planie. W ten sposób jest on najlepiej „przyswajany” przez mózg odbiorcy. To na nim powinna być skupiona ostrość. Jednak jak potraktujemy całe otoczenie głównego tematu, zależy tylko od naszej pomysłowości i obiektywu.

 

Możliwości jest wiele. Można użyć pierwszy plan jako „ramkę” dla drugiego. Z kolei przy użyciu dobrego sprzętu trzeci plan da się bardzo ładnie rozmyć i uzyskać pastelowe plamy, które pozwalają się tylko domyślać, co znajduje się dalej. Efekt ten nazywa się bokeh – jest on zależny od ogniskowej, użytej przysłony, ekspozycji i technicznych parametrów obiektywu. Najbardziej spektakularnie prezentuje się zastosowany na światłach, ponieważ stwarza wrażenie bajkowości i przytulnego ciepła. Jednak uzyskanie tego efektu wymaga dobrego sprzętu, najlepiej ustawianego manualnie, i pewnej wprawy, ponieważ rozmycie uzyskane różnymi obiektywami (nawet tej samej firmy) będzie inne.

 

Jednak bokeh nie jest jedynym słusznym sposobem przedstawiania tła. W niektórych przypadkach lepiej jest mieć wszystkie plany jednakowo ostre. Często zdarza się tak podczas fotografowania krajobrazów lub architektury. Stosuje się wtedy hiperfocus.  Przecież kto chciałby, aby robiąc zdjęcie góralskiej chatce, góry w tle mu się rozmyły?

 

Przemyślane korzystanie z planów bardzo ubogaca zdjęcia. Jest to sztuka wyeksponowania głównego tematu fotografii bez rezygnacji z obserwacji otoczenia. Wymaga zgrania głębi ostrości, ekspozycji oraz innych czynników kompozycji, takich jak wspominany w poprzednim wpisie, trójpodział kadru. Jest to więc zdecydowanie coś więcej niż szkolna teoria. Świadome wykorzystanie planów pozwala nam eksperymentować z głębią, perspektywą i kontekstem naszych zdjęć.

złota i niebieska godzina

Złota i niebieska godzina

  • 27 marca, 2023

We wcześniejszych wpisach mówiłem już o subtelnej grze światła i cienia w fotografii. Jednak wspominałem o tym w kontekście zdjęć monochromatycznych. Tym razem chciałbym opisać kwestię wpływu światła na zdjęcia robione w kolorze. Mam tu na myśli magię dwóch bardzo konkretnych pór – złotej i niebieskie godziny.
Od temperatury barwowej oświetlenia zależy nastrój naszego zdjęcia. A efekt osiągnięty podczas sesji robionej w trakcie złotej i niebieskiej godziny jest niemal nie do podrobienia. Dlatego te momenty, w których ma się do czynienia z takim światłem, są dla fotografa bardzo cenne. Złota godzina to czas tuż po wschodzie lub tuż przed zachodem słońca. Wbrew nazwie wcale nie trwa on godziny. Zazwyczaj okres idealny do fotografowania trwa około pół godziny. Dlatego sesje w tym oświetleniu muszą być dokładnie zaplanowane, żeby nie zmarnować ani chwili. Zwykle przyjeżdża się na miejsce wcześniej i czeka na odpowiedni moment. A jest na co czekać.
Podczas złotej godziny światło słoneczne jest bardziej miękkie, cieplejsze i bardziej kierunkowe niż w ciągu dnia. W tym czasie słońce znajduje się nisko nad horyzontem, więc jego promienie pokonują większą odległość w atmosferze. Dzięki temu niebieskie i fioletowe fale się rozpraszają, a do Ziemi dociera światło o ciepłej złotej barwie. Co ciekawe, złota godzina po wschodzie słońca różni się od złotej godziny przed zachodem słońca pod względem koloru i jakości światła. O poranku światło ma ciepły pastelowy odcień, lekko wpadający w róż i błękit. Z kolei podczas zachodu słońca, jego promienie wydają się bardziej złote, a czasem wręcz ogniście pomarańczowe. Dlatego ma znaczenie, czy zdjęcia zrobi się rano czy pod wieczór.
Bliską sąsiadką złotej jest godzina niebieska. Ona zapewnia odwrotny efekt. Zamiast złotych i pomarańczowych tonów, dominują głębokie odcienie niebieskiego. Stwarza to nastrój chłodu i tajemniczości. Niebieska godzina to okres krótkiego czasu po zachodzie słońca lub przed jego wschodem, kiedy niebo ma intensywny odcień błękitu, ale jeszcze nie jest zupełnie ciemne. Nie można wtedy dostrzec szczegółów, a jedynie zarysy fotografowanych obiektów. Efekt niebieskiej godziny powstaje z powodu odbicia światła słonecznego przez atmosferę Ziemi. Kiedy Słońce znajduje się poniżej horyzontu, jego promienie rozpraszają się w taki sposób, że niebieskie fale rozchodzą się dość szeroko, co tworzy efekt rozmytego, intensywnie niebieskiego nieba. Z kolei częstotliwości odpowiedzialne za barwy czerwone i pomarańczowe są bardziej skupione i często tworzą czerwonawą linię na horyzoncie.
Podobnie jak w przypadku złotej godziny, niebieska nie trwa pełnych 60 minut. Ta o poranku trwa nieco ponad pół godziny, a ta po zachodzie jest krótsza i z reguły nie przekracza dwóch kwadransów. Poranna niebieska godzina charakteryzuje się głębokimi, chłodnymi błękitami i nieśmiałym różem nieba. Jest to także najzimniejsza pora dnia pod względem odczuwalnej temperatury, więc podczas robienia zdjęć o tej porze warto się uzbroić w cieplejsze ubrania, nawet w środku lata. Natomiast wieczorna niebieska godzina nosi jeszcze w sobie echa ognistych barw zachodu słońca. Wtedy często pojawia się na nich wspomniana wcześniej pomarańczowa linia nad horyzontem, a powietrze drży jeszcze od nagrzanej ziemi.
Zarówno niebieska, jak i złota godzina, mają w sobie nieodparty urok. Efektu naturalnego światła, jakie wtedy występuje nie da się podrobić bez strat na jakości zdjęcia. Sprawia to, że każdy uwieczniony wtedy obraz jest wyjątkowy i oddaje sedno fotografii – uchwycenie chwili.

balans bieli

Balans bieli

  • 27 lutego, 2023

Podstawowym czynnikiem odpowiedzialnym za to, żeby w ogóle dało się zrobić zdjęcie jest światło. To ono odbija się od przedmiotów i pada na matrycę aparatu, pozwalając uzyskać ich obraz. Jednak poza tą podstawową funkcją jest jeszcze jedna – nadanie obrazowi barwy. Fotograf, chcąc zapanować nad efektem uzyskanym za pomocą światła, musi opanować korzystanie z funkcji jaką jest balans bieli.
Balans bieli jest niczym innym, jak dostosowaniem parametrów aparatu do panującego wokół oświetlenia. Każde źródło światła ma swoją charakterystyczną temperaturę barwową, co wpływa na wygląd kolorów na zdjęciu. Tymczasem ważne jest, żeby kolorystyka zdjęcia była poprawna, czyli aby białe elementy na zdjęciu były rzeczywiście białe, a kolory były odwzorowane jak najwierniej.
W większości przypadków na jednym planie zdjęciowym występuje kilka źródeł światła o różnej temperaturze barwowej np. sztuczne oświetlenie z lamp miesza się ze światłem dziennym, wpadającym przez okno. W związku z tym poleganie na predefiniowanych ustawieniach balansu bieli lub ręczne ustawianie go za pomocą wprowadzania do aparatu przybliżonej temperatury w stopniach Kelvina nie zbyt efektywnym sposobem.
Balans bieli można precyzyjnie ustawić na kilka sposobów. Pierwszym jest użycie szarej karty. Polega on na ustawieniu aparatu na tryb ręczny, wykonaniu zdjęcia karty pokrytej tzw. szarym 18%. Następnie tego zdjęcia używa się do ręcznego ustawienia balansu bieli. Aparat na podstawie otrzymanej próbki szarości wylicza parametry dla innych kolorów.
Nowocześniejszą technologią, ale działającą na tej samej zasadzie, jest ExpoDisk. Od szarej karty różni go to, że przykłada się go bezpośrednio do obiektywu i robi się przez niego zdjęcie w kierunku źródła światła, mającego oświetlać obiekt na fotografii. Dysk działa jak filtr i przepuszcza tyle promieni, że uzyskany obraz odpowiada osiemnastoprocentowej szarości – tak jak w przypadku szarej karty.
Innym sposobem na uzyskanie precyzyjnego balansu bieli jest pracowanie nad nim w postprodukcji zdjęcia. W tym celu trzeba mieć odpowiednio skalibrowany monitor, żeby nie przekłamywał kolorystyki i fotografować w bezstratnych formatach DNG lub RAW. W przeciwieństwie do plików JPEG, gdzie balans bieli jest trwały i trudno go zmienić bez utraty jakości obrazu, pliki RAW oraz DNG pozwalają na elastyczną edycję balansu bieli w późniejszym czasie, co jest bardzo przydatne w przypadku, gdy na przykład później zmieniamy zdanie co do kolorystyki zdjęcia.
Złapanie idealnego balansu bieli jest szczególnie ważne w przypadku fotografii produktowej. Zdjęcia te są zamieszczane w katalogach i ofertach internetowych, więc realistyczne odwzorowanie kolorów to coś więcej niż tylko kwestia estetyki. To także budowanie wiarygodności przez daną markę. W świecie zdominowanym przez przekaz wizualny, od fotografa zależy nie tylko zadowolenie bezpośredniego klienta, ale także tych, którzy będą kupowali jego produkty.
Nieco inaczej ma się sprawa w przypadku sesji zdjęciowych. Tu jest pole na artystyczne łamanie reguł. Na przykład fotografie młodej pary wcale nie muszą idealnie odwzorowywać rzeczywistości. Tu celem jest oddanie nastroju chwili. W imię tego dopuszczalne jest przesunięcie balansu bieli w stronę ciepłych barw, żeby dodać zdjęciom odrobinę romantyzmu. Z kolei zmiana ustawień w kierunku zimniejszego światła pozwala wydobyć mroźny charakter scen uwiecznianych zimą i sprawić, że odbiorca niemal poczuje chłód śniegu, z którego dzieci lepią bałwana.
Niezależnie od wybranego sposobu, dobieranie balansu bieli jest rzeczą, na którą trzeba zwrócić uwagę podczas robienia zdjęć. Dzięki temu fotograf może ukazać uwieczniane obiekty lub osoby w różnym świetle. Dosłownie! Musi więc je odpowiednio ustawić.

blog

Trójpodział kadru

  • 4 grudnia, 2022

Jedną z pierwszych rzeczy, których uczy się każdy adept sztuki fotograficznej jest trójpodział kadru. Nawet ci, którzy zajmują się tą dziedziną tylko amatorsko z pewnością kojarzą charakterystyczne cztery linie, dwie pionowo i dwie poziomo, dzielące kadr równo co jedną trzecią wysokości. Obecnie wiele smartfonów ma funkcję wyświetlenia takiej siatki na ekranie, żeby ułatwić złapanie odpowiedniego ujęcia. Jednak czy bezwzględne zastosowanie zasady trójpodziału kadru sprawi, że nasze zdjęcie będzie dobre? Niekoniecznie – żeby korzystanie z tej reguły służyło fotografowi i jego pracom, trzeba zrozumieć o co w niej naprawdę chodzi.

Warto zacząć od początku, czyli skąd się wzięła zasada dzielenia obrazu na trzy poziome i pionowe części. Po raz pierwszy opisał ją angielski malarz John Thomas Smith w 1797 roku. Poszukiwał on idealnej proporcji między jasnymi i ciemnymi elementami na obrazie. W wypadku pejzaży, które opisywał, stwierdził, że najbardziej harmonijnie wyglądają te, w których ziemia stanowi dwie trzecie kompozycji. Była ona tym ciemniejszym obszarem, natomiast niebo stanowiło źródło światła. Podobnie sprawa się miała się z kompozycją w poziomie – ściana lub inny poziomy przedmiot powinny kończyć się w dwóch trzecich długości obrazu. Trójpodział jest więc starszy niż sama sztuka fotografii, ale dotyczy jej w takim samym stopniu jak obrazów, do których pierwotnie się odnosił.

Co więcej reguła, podyktowana początkowo wyczuciem artysty okazała się bardzo skuteczna – nie tylko się przyjęła, ale również przetrwała ponad dwuwiekową próbę czasu. Na dodatek współczesne badania wykazały, że ma ona swoje wręcz biologiczne uzasadnienie. Przecięcia się linii, wyznaczających kolejne części obrazu (technika jego wykonania nie ma znaczenia) tworzą tak zwane mocne punkty. Dla ludzkiego oka są one bardzo wygodnymi obszarami do zawieszenia wzroku, ponieważ znajdują się dość daleko zarówno od brzegów, jak i od centrum obrazu. Spojrzenie większości ludzi wędruje po nich, tworząc odwróconą literę „N”. Taka informacja jest bardzo przydatna fotografom, ponieważ pozwala z całkiem dużym prawdopodobieństwem określić, w których miejscach umieścić najważniejsze obiekty na zdjęciu. Ponadto wiedząc, co odbiorca zdjęcia instynktownie uzna za ładne i harmonijne, łatwiej jest komponować fotografie, które znajdą uznanie w szerszym gronie.

Jednak zasada trójpodziału kadru nie jest tabu, którego nie można łamać. Kadry uzyskiwane za jej pomocą są bez wątpienia czyste, intuicyjnie odbierane za fachowe i przemyślane, kompozycyjnie bez zarzutu…Ale niekiedy właśnie przez swoją poprawność nie wywołują żadnego wrażenia. Dlatego twórcy, którzy doskonale zdają sobie sprawę z potęgi tej zasady czasami decydują się ją złamać. Pozwala to uzyskać efekt zaskoczenia, bo mózg odbiorcy rejestruje zaburzenie harmonii i wchodzi w tryb „coś tu jest nie tak”. To z kolei wyostrza zmysły i przykuwa uwagę, a o to właśnie chodzi. Taktykę świadomej rezygnacji z kompozycyjnego konwenansu stosowali m.in. Ansel Adams i Quentin Tarantino, ale też wielu innych wielkich fotografów, filmowców i malarzy. Tylko ci, którzy wiedzą jak ważna dla odbiorcy jest harmonia w kadrze, mogą sobie pozwolić na lekkie rozdrażnienie widza przez chwilowe odejście od ogólnie przyjętych standardów.

Mimo wszystko w używaniu tego typu zabiegów trzeba wykazać się artystycznym wyczuciem i nie przeciągać struny. Szukanie oryginalności na siłę może obrócić się przeciwko fotografowi i zniweczyć cały efekt, jaki można by uzyskać przez prostotę ujęcia. Cała zabawa z kompozycją polega na wyczuciu i wysmakowaniu, jaki sposób pokazania danego obiektu na zdjęciu będzie najlepszy. W większości przypadków sprawdzają się stare sprawdzone sposoby na klasyczne kadrowanie, ale jako fotograf z pasją czasem lubię się podroczyć i ująć dany temat w kadrze trochę inaczej. To coś w rodzaju mrugnięcia do odbiorcy, żeby dać mu znać, że linie trójpodziału to dla mnie podpora, a nie klatka. 

Voigtländer

Voigtländer

  • 18 lipca, 2022

Dzisiaj chciałbym Wam opowiedzieć o firmie, o której wspomniałem już wcześniej przy okazji opisywania sprzętu, na którym pracuję – mianowicie o marce Voigtländer.

 

Firma ta powstał już w 1756 roku w Wiedniu, co czyni ją najstarszym przedsiębiorstwem w branży fotograficznej na świecie. Początkowo zajmowała się produkcją przyrządów pomiarowych i optycznych, takich jak kompasy czy lornetki, ale ostatecznie to urządzenia fotograficzne stały się flagowymi produktami Voigtländera. Przez dziesięciolecia produkty z jego zakładów były uważane za najnowocześniejsze na rynku – to właśnie stamtąd wyszły pierwsze metalowe dagerotypy czy obiektyw Petzvala, który pozwolił skrócić czas naświetlania do mniej niż jednej minuty. Na ówczesne standardy były to prawdziwe nowinki techniczne, popychające do rozwoju cały świat fotografii.

 

Dzisiaj Voigtländer jest przede wszystkim producentem znakomitych obiektywów do aparatów niemal każdej marki. Szczególnie dobrze współpracują z aparatami Sony, co dla mnie, jako osoby pracującej na urządzeniach tej marki jest bardzo korzystne. Podczas gdy konkurencja prześciga się w wyposażaniu swoich produktów w skomplikowane mechanizmy wspomagające automatyczny dobór parametrów, Voigtländer stawia na starą dobrą szkołę ustawiania manualnego. W kręgach profesjonalnych popularna jest opinia, że ich obiektywy mają najbardziej precyzyjną optykę. Fotograf może ręcznie ustawić wszystkie parametry, co pozwala mieć pełną kontrolę nad uzyskanym efektem.

 

Jako osoba z zamiłowaniem do szczegółu, bardzo cenię sobie tę wolność i dlatego w mojej pracy chętnie korzystam z Voigtländerów. Precyzyjne ostrzenie pomaga skierować uwagę odbiorcy zdjęcia na konkretny detal lub zachwycić go głębią jakiegoś większego obiektu. Fakt, że te obiektywy nie robią nic za mnie, oprócz zarejestrowania ustalonego kadru, sprawia, że to ja kreuję obraz, a nie sprzęt, na którym pracuję.

dagerotyp

Dagerotyp

  • 15 czerwca, 202217 czerwca, 2022

Dagerotyp to unikatowy obraz fotograficzny pozytywowy, otrzymywany na metalowej płytce.

Metoda ta została opracowana w pierwszej połowie XIX wieku przez Josepha Nicéphore’a Niépce’a i Louisa Jacques’a Daguerre’a. Pierwszy raz zaprezentowana 7 stycznia 1839 roku, stała się wydarzeniem, które wielu uważa za początek fotografii.

Dagerotypia to metoda polegająca na długim naświetlaniu, odpowiednio przygotowanej pod względem chemicznym płytki w Camera Obscura i późniejszym poddaniu tejże płytki skomplikowanemu procesowi obróbki chemicznej.

Obraz dagerotypowy charakteryzuje się bardzo dobrą ostrością. Dobrze naświetlona płytka formatu 70×80 milimetrów, może rejestrować obraz o rozdzielczości 1000 megabajtów.

Metoda ta jednak różni się od współczesnej fotografii, która opiera się na negatywie. Czyli filmie fotograficznym w przypadku fotografii analogowej lub matrycy w aparacie cyfrowym, dzięki którym możemy wykonać nieskończoną ilość pozytywów, czyli popularnie mówiąc odbitek fotograficznych.

Dagerotyp to dzieło fotograficzne, które jest niepowtarzalne, ponieważ samo w sobie jest pozytywem z którego nie można wykonać żadnych odbitek. Tak jak dzieło artystyczne, jest jedyne i unikatowe, przez co jego wartość, w dzisiejszych komercyjnych czasach żyjąc wśród powtarzalnych sprzętów, jest jeszcze bardziej wysoka niż w czasach gdy dagerotyp został wynaleziony.

blog

Matryca monochromatyczna

  • 13 maja, 202213 maja, 2022

Fotografia zachwyciła mnie jeszcze w czasach analogowego filmu czarno-białego, który był wystarczający do dokumentowania wspaniałych chwil. Zanim pojawiły się kolorowe filmy fotograficzne, piękne momenty „odmalowywane” były za pomocą gry światła i cienia.

Nawet teraz, mimo że kolorowe zdjęcia zdominowały rynek fotograficzny, ja mam duży sentyment do fotografii czarno-białej. Moim zdaniem, to ponadczasowy styl. Dzięki niemu koncentrujemy się na treści, wydarzeniu, osobie. Przez to, że nie skupiamy się na barwach, możemy zwrócić uwagę odbiorcy na detale, które wcześniej były przytłaczane przez kolor. Na zdjęciu monochromatycznym łatwiej jest dostrzec takie subtelności jak kompozycja, błysk w oczach lub faktura materiału. Pozwala to stworzyć niepowtarzalny klimat zdjęcia, a ta nastrojowość wywołuje emocje. Czarno-białe zdjęcia są nieco bardziej tajemnicze i odrealnione. Różnią się od świata jaki widzimy na co dzień.

Wraz z rozwojem technologicznym weszła do użytku matryca cyfrowa. Ona z założenia ma realizować kolorowy obraz w dobrej jakości. Atrakcyjne połączenie tych dwóch cech zdawało się, że pogrąży fotografię czarno-białą jako relikt przeszłości. Jednak tak się nie stało. Wciąż znajdują się pasjonaci, którzy cenią sobie monochromię. Wobec tego wielu widzi dwa wyjścia: korzystać z efektów oferowanych przez programy graficzne i liczyć się ze stratami na jakości, albo zrezygnować z wygody używania nowoczesnego sprzętu i wrócić  do fotografowania aparatem analogowym z wykorzystaniem czarno-białego filmu fotograficznego.

Jest jednak trzecie rozwiązanie – znacznie ciekawsze. W świecie fotografii cyfrowej są aparaty rejestrujące obraz tylko w czerni i bieli. W efekcie otrzymujemy fotografie o wyższej jakości niż przy tradycyjnej matrycy kolorowej. Chociaż pozbawione koloru, fotografie mają lepszą ostrość, mniejsze zaszumienie, wyższą rozdzielczość i większą rozpiętość tonalną.  Jest to rozwiązanie na tyle wyjątkowe, że wielu fotografów nie zdaje sobie sprawy z istnienia tego typu urządzeń. Mnie one fascynują, bo pozwalają uzyskać „prawdziwe” czarno-białe zdjęcie ze wszystkimi wspomnianymi wcześniej zaletami. Jako osoba, która wychowała się na czarno-białej fotografii, nie mogę nie patrzeć na to bez sentymentu.krasnale, bluszcz. monochromatyczne

  • Facebook
  • Instagram

Ostatnie wpisy

  • Aparaty fotograficzne 8 listopada, 2023
  • Obiektywy 4 października, 2023
  • Czułość matrycy 27 lipca, 2023
  • Wieloplanowość na zdjęciu 13 czerwca, 2023
  • Złota i niebieska godzina 27 marca, 2023

Kategorie

  • aparaty fotograficzne
  • balans bieli
  • blog
  • Czułość matrycy
  • dagerotyp
  • Galerie
  • Voigtländer
  • wieloplanowość na zdjęciu
  • złota i niebieska godzina

bluszcz czarno-białe dagerotyp dzieło fotografia historia krasnale monochrom pozytyw

Theme by Colorlib , website by M.Byczkowski
Ta strona wykorzystuje pliki cookie. Informacje zapisane w plikach cookies służą zapewnieniu maksymalnej wygody użytkowania strony. Jeżeli wyrażasz zgodę na używanie plików cookies kliknij Tak. TakNie
Privacy & Cookies Policy

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT
 

Loading Comments...
 

You must be logged in to post a comment.